Są różne rodzaje farb i różne sposoby ich wykorzystania. Malowanie zwierząt z pewnością jednak nie jest pierwszym, który przychodzi nam do głowy... Są mimo to tacy, którzy wpadają na tego typu pomysły. I mają na to nawet racjonalne wytłumaczenie.
Czasem to logicznie uzasadniona propozycja lokalnych władz, kiedy indziej – pomysł ekscentrycznej celebrytki, zdaniem niektórych balansujący na granicy dręczenia zwierząt. Oto trzy historie będące dowodem na to, że farba + zwierzęta to ostatnio modne, choć kontrowersyjne, połączenie.
Niebieski pies
Na indyjskie Bareli padł strach. Grasują tam watahy morderczych kundli, które zagrażają bezpieczeństwu mieszkańców – w ostatnim czasie zagryzły piątkę dzieci. Lokalne władze wpadły na pomysł, aby przyjazne miejscowe psy oznaczyć niebieską farbą dla odróżnienia od krążących w okolicy bestii. W ten sposób już z daleka byłoby widać, czy zwierzę stwarza niebezpieczeństwo czy nie.

Ofiarą groźnych bezpańskich kundli padło ostatnio w Indiach pięcioro dzieci. Fot. Gates Foundation / Foter.com / CC BY-NC-ND
Wielkie polewanie farbą miało się zacząć 1 marca, ale akcja nie doszła do skutku. Zaprotestowali bowiem obrońcy praw zwierząt, a także specjaliści z Indian Veterinary Research Institute. Orzekli oni, że gęsta farba wylana na zwierzęta może podrażnić ich oczy i pyski, a nawet zagrozić ich życiu. Farbę zastąpią charakterystyczne obroże, a dzikie psy mają zostać w najbliższym czasie wyłapane.
Czarna owca
Zwierzęta, które są bohaterami drugiej historii, nie są już tak krwiożercze i nie zagrażają niczyjemu życiu. Bywają jednak uciążliwe – zwłaszcza gdy wchodzą do naszego ogrodu, wyjadają nasze owoce i zostawiają po sobie nieprzyjemnie pachnące niespodzianki.
Chodzi o owce z Helmshore w hrabstwie Lancashire w Wielkiej Brytanii. W ostatnim czasie mocno panoszą się w okolicy – jeden z mieszkańców miasteczka, Steve Molineux, twierdzi, że widział jak snują się po mieście nawet w środku nocy, o trzeciej nad ranem. „Wyglądały jak grupka kumpli wracająca do domu po zabawie na mieście w piątkową noc” – komentuje.
Niestety trudno ustalić, do kogo należą błąkające się zwierzęta. Dlatego miejscowa policja zaproponowała, żeby oznaczać je farbą, tak aby można było łatwo znaleźć właściciela i zwrócić mu niesfornych podopiecznych. Czy pomysł wejdzie w życie – jeszcze nie wiadomo. Ale sądząc po finale poprzedniej historii, na pewno nie obędzie się bez problemów.
Różowa pantera?
Nie zawsze jednak malowanie zwierząt służy praktycznym celom. Czasem jest to po prostu czyjś szokujący wymysł, jak w przypadku Jeleny Leniny – rosyjskiej aktorki i pisarki. Jako wielka entuzjastka koloru różowego postanowiła ona zafundować taki odcień… swojemu kociakowi. Nie omieszkała oczywiście pochwalić się w internecie swoim cukierkowym pupilem.
Wkrótce potem świat obiegła informacja, że z powodu toksycznego działania farby kot zdechł. Aktywiści wystosowali petycję w sprawie oskarżenia Leniny o znęcanie się nad zwierzętami. W odpowiedzi aktorka opublikowała zdjęcie mocno już wyblakłego, ale wciąż żyjącego kota i zapewniała, że konsultowała sprawę z weterynarzem. Orzekł on ponoć, że farbowanie nie tylko nie zaszkodzi zwierzęciu, ale i może mieć pozytywny wpływ na jego sierść.
Teraz aktorka grozi sprawą o zniesławienie, co jednak naprawdę stało się z kotem i czy jego różowa metamorfoza nie zaszkodziła mu – nie wiadomo. Na wszelki wypadek radzimy jednak nie bawić się w tego typu eksperymenty. Jak farba, to do ścian. Ewentualnie do włosów.
Źródło: paintsquare.com



